Tablica grzeczności, czyli kilka słów o motywowaniu kilkulatka

Metody wychowawcze – zacznij człeku dyskutować na ten temat, to zaraz zorientujesz się, że włożyłeś kij w mrowisko… Nie ważne z kim się podejmie rozmowę – nie ma tu znaczenia ani płeć, ani wiek, ani też fakt posiadania dzieci. Okazuje się, że choć ogólne reguły cywilizacyjne w tej kwestii są dość powszechnie znane i szanowane (na szczęście!), to szczegółowe rozwiązania różnią się od siebie w każdym niemal domu. Tylko w najbliższym gronie rodziny, przyjaciół i dalszych znajomych obserwuję istny rozstrzał postaw wychowawczych – od katastrofalnego wychowania w stylu no stress, po coś, co określam mianem (yhmmm…, przepraszam)… dupościsku – czyli: „nie ruszaj”, „nie skacz”, „nie dotykaj”, „nie mów”, najlepiej „nie oddychaj”…

Dziś jednak chciałabym się podzielić metodą, którą poleciła mi przed laty przyjaciółka – mama dość temperamentnej kilkulatki. Tablicę grzeczności, bo o niej mowa, wprowadziłam w naszym domu dla Maryśki, gdy ta miała 2 latka. Dostosowałam ilość koniecznych do zebrania punktów do jej wieku. Wówczas rzecz się nie sprawdziła, bo… Maryś była aniołkiem, a drobne codzienne wybryki nie kwalifikowały się do ukarania brakiem punkcika. Sytuacja zmieniła się jednak już po kilku miesiącach. Dziś dwadzieścia punkcików Maja zbiera przez około 3 miesiące…

Jak to działa, czym to się je? Tablicę robimy każdorazowo własnoręcznie. Więcej w tym mojej pracy, ale Maryś zawsze towarzyszy przy je tworzeniu i ma głos w sprawie jej wyglądu. Decydujemy o liczbie punkcików do zebrania. (Oscylujemy jednak w okolicach dwudziestu.) Jeden „grzeczny” dzień to jeden przyznany punkcik. Ta opcja nam się sprawdza, bo Maryś ma całościowe problemy z grzecznością. Jeśli jednak maluch ma wyjątkowy problem z samodzielnym ubieraniem, jedzeniem, czy grzecznym odnoszeniem się do rodziców, wówczas możemy zastosować punkty w obrębie każdego z tych zakresów.

Tablice Marysi są rysunkami, w których drobne (okrągłe czy kwadratowe) elementy są równocześnie polami do naklejania, czy kolorowania przyznanych punktów. Mieliśmy już kiść winogron, na których Maryś umieszczała małe naklejki, pociąg z mnóstwem okien, a teraz mamy Kubusia Puchatka, nad którym latają czekające na pokolorowanie pszczółki (na zdjęciu).

tablica grzeczności

Wspólnie z Marysią każdorazowo ustalamy też co będzie stanowiło nagrodę. Rzecz trzeba mądrze przemyśleć. Nie można przecież karać dziecka brakiem czegoś, co mu się nadzwyczajnej w świecie należy. Pamiętam z dzieciństwa groźby matki mojej koleżanki: Nie dostaniesz kolacji. Matko jedyna, to miała być kara? Brak posiłku? Bez komentarza…

Nigdy nie odmówiłam Marysi np. wieczornego wspólnego czytania – to nasz czas budowania więzi. Prawdopodobieństwo braku punkcika do kolekcji działa – jeszcze 😉 Marysia sama wieczorem niejednokrotnie spuści głowę i przyzna, że dziś to chyba punkcika nie będzie. Krzywda jej się nie dzieje, a motywacja na kolejny dzień pozostaje. Zgodnie z zasadą, że nie gramy tym, co się dziecku należy, nie nagradzamy jej kinem, wycieczką do zoo itp., czyli takimi czynnościami, które są wspólnie spędzonym czasem. Maryś chętnie czeka jednak na zabawki – w tej chwili zbiera punkty na wybrane klocki. Troszkę jak w firmowych, sklepowych systemach partnerskich, co?

Maryś traktuje rzecz poważnie, ale i zabawowo. Zrobiła swoją tablicę dla Francesco i ulubionej przytulanki. Ważne, że system działa. Jestem ciekawa waszego zdania.