Spokojnie! To (tylko) Wielkanoc!

Jest Wielka Sobota, dochodzi północ. Jak co roku w Święta Wielkanocne wejdę ściorana, połamana, wycieńczona. Kolejny rok z rzędu zastanawiam się czy warto… W tym roku próbuję się tłumaczyć tym, że za nami przeprowadzka, więc faktycznie dom potrzebował wielu szlifów i pielęgnacji kobiecej ręki. Jest noc. Przed chwilą nakryłam stół na śniadanie wielkanocne, bo odkąd pamiętam celebruje się je u mnie w domu jako ważny element Świąt. Przed kwadransem z piekarnika wyjęłam czwarte już ciasto – te Święta mają obrodzić w sporą liczbę gości. Po kąpieli, która jeszcze przede mną, mam zamiar umyć przedpokój, bo jeszcze wieczorem naniosło się sporo błota. I choć to wszystko robię, to i tak wiele rzeczy pozostanie niedopiętych. Frustracja rośnie, szczególnie  gdy zerkam na profile znajomych, na których roi się od ciast, bab, pisanek…, a wszystko to w wiosennie wysprzątanych domach, w asyście uśmiechniętych, niemarudzących dzieci. Hmm, jak z reklamowych kpin Toscaniego, który o reklamie pisał jako o uśmiechniętym ścierwie…

Czy warto? Pytam się po raz kolejny i kolejny raz odpowiadam sobie, że NIE! Nieustannie dążymy do ideałów, bo taki wizerunek matki jest przecież pożądany, chciany i lubiany. Owszem, wypada nieco ponarzekać w towarzystwie, że ledwo dajemy radę, ale efekt końcowy musi przecież powalać na kolana. Dom ma być pachnący, lśniący i gotowy na test białej rękawiczki. Dzieci grzeczne, uśmiechnięte i skore do pomocy. Kuchnia ma wrzeć od nowości i pomysłów, a mama winna spędzać ze swymi pociechami kilka godzin dziennie na kreatywnej zabawie i lekturze pouczających historii…

Owszem, wiosna to dobry czas na porządki. Solidne sprzątanie należy się naszym domom choć raz w roku. Ale kto powiedział, że Wielkanoc to godzina zero, po której żadne machnięcie ścierką nie ma już tej zacnej wartości? Wszak, jeśli jest się osobą niewierzącą lub niepraktykującą, to tym bardziej Święta nie powinny budzić w nas takich perfekcyjnych szaleństw. Jeśli zaś praktykujemy, pamiętajmy o sensie tego czasu. Nie o perfekcyjne przygotowanie domu i rodziny tu chodzi.

Ale co tam, niedzielny, poranny widok całej rodziny przy pięknie zastawionym i przystrojonym stole, pozostanie bezcenny. Świadomość tego, że to właśnie te chwile zapadną w pamięci moich dzieci jako wizytówka świątecznych dni spędzonych w domu rodzinnym, powoduje, że już za parę miesięcy znów koło północy siądę z obolałymi krzyżami i będę się zastanawiać: czy warto. Warto!!!

Moi drodzy, wielu pięknych rodzinnych chwil, radości bez cienia zmęczenia!!! Tego Wam życzą Mamafia z Maryśką i Francesco 😉