Piękna nasza służba zdrowia…

Już jakiś czas temu zapowiadałam wpis poświęcony nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej. Nie wiedzieć czemu, co potwierdzi każda matka, dzieci tak już mają, że aktualizacje chorób wszelakich instalują się milusińskim w piątki lub soboty wieczorem oraz w okresie świątecznym. Tak też było z Francesco na przełomie świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra. Dziecię było wcześniej lekko przeziębione, drobny katarek – nic wielkiego. Jak mawia nasza pediatra: stan zawieszenia, bo ani do poradni dzieci chorych, ani do zdrowych. Nagle: środek nocy, czas świąteczny – wysoka gorączka. Poprawy nie było przez kilkanaście godzin, więc zebrałam się z młodym do punktu pomocy całodobowej w moim mieście…

100_9111

Pełna niepokoju o dziecię, z podniesionym ciśnieniem (związanym także z wcześniejszymi doświadczeniami z miejscem, w którym się znalazłam) wkraczam w jaskinię lwa (czytaj: w gabinet pani doktor pediatry). Umarłaby chyba kobiecina, gdyby nie wydusiła z siebie złośliwego: „A cóż to się tak nagłego dzieje, że się Pani tu dziś akurat zjawiła?”. Aaaaa…. „Tylko spokojnie” – powtarzałam sobie.

Dziecko zostało przebadane – i owszem, ale w atmosferze wyrzutów i zarzutów. Całość przypieczętowało „Żwawiej, proszę Pani” – jakie usłyszałam rozbierając Frania do badania… Mało wszystkiego, diagnoza źle postawiona, ale mniejsza z tym. Najłatwiej było postawić na ząbkowanie…

Kolejne dni przeżyliśmy śpiąc na zmianę. Francesco padał z sił wyczerpany z niewyspania, zmęczony płaczem i gorączką. Kalendarz znów wskazywał dzień wolny, więc… Oj, nie, nie pojechałam już do życzliwej i chętnej pomóc dyżurującej pediatry. Jako, że mieszkamy w aglomeracji śląskiej, to jest w czym wybierać. Spakowałam się do auta i pojechałam kilkanaście kilometrów dalej do szpitala, w którym kilkakrotnie już leżała Maryś. Na wejściu w miarę przyjaźnie, niestety do czasu konfrontacji z kolejną pediatrą „z powołania”. Dziecko ledwo żyje, przelewa się przez ręce, ale to nic, bo trzeba przecież wbić szpilę, by pokazać, że jest się intruzem. A to, że czemu tak późno i tak daleko, że nie w swoim mieście i że przez takich pacjentów jak Franio szpital popada w długi i tak dalej. Po wysłuchaniu całej litanii grzecznie zapytałam, czy mam rozumieć, że Pani doktor mnie odsyła z gorączkującym niemowlęciem i odmawia udzielenia pomocy? Dodałam coś o służbie i standardach postępowania wobec klientów, bo takimi są właśnie pacjenci, o czym szanowna Pani raczyła zapomnieć. Grrr… Nie obyło się bez kąśliwych uwag z obu stron. Dzieckiem zajęto się jednak solidnie, postawiono właściwą diagnozę, bo na miejscu byli też inni specjaliści. Więc można! Swoje jednak trzeba wyszczekać i wysyczeć… Sorry, taki klimat polskiej służby zdrowia…