O przedszkolach mamafii słów kilka

Czas przedszkolnych rekrutacji mamy już za sobą. To dobra okazja by już z pewnego dystansu spojrzeć na kilka zagadnień z nią związanych.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że z napisaniem tego postu noszę się już od dość dawna – targało mną (i wciąż targa) nieco wątpliwości. Nie chciałabym być posądzona o gloryfikację prywatnego, czy też niepublicznego sytemu kształcenia, ale z drugiej strony nie mogę milczeć wobec rażących niedopatrzeń i ignorancji polskiej oświaty. Wkładam kij w mrowisko? Sami oceńcie.

Maryś od drugiego roku życia uczęszcza do niepublicznego Klubu Malucha, przy którym od niedawna działa także Zespół Wychowania Przedszkolnego. Grupy są malutkie, nie przekraczają 13-15 dzieci. Jeszcze do ubiegłego roku, gdy Marysia miała problem z rozstaniami, byłam zachęcana przez wychowawczynie, by pozostać z nią w sali do czasu, gdy będzie gotowa na moje wyjście. Zaoszczędziliśmy tym samym i dziecku, i sobie scen odrywania od rodziców, przede wszystkim zaś emocji z tym związanych. Paniom (w liczbie dwóch, trzech na tę grupkę!) nie przeszkadzała moja obecność. Zresztą, sale są przeszklone i każdy rodzic może przyglądać się zajęciom do woli. Jako rodzice jesteśmy w posiadaniu plan dnia, w którym wypełniona jest dosłownie każda minuta – jest tu i czas na zabawę, i na wspólne czytanie, prace plastyczne, zajęcia kreatywne (np. wspólne tworzenie alternatywnych wersji znanych bajek), jest i angielski, i rytmika, a nawet czas na relaksację. Szczegółowy plan każdego dnia (wraz z poruszanymi tematami, celami dydaktycznymi itp.) wisi przed wejściem do sali. Pomieszczenia są tu przyjazne dzieciom, atmosfera miła i życzliwa, wszystko wkoło zabezpieczone w trosce o maluchy. Nie interesuje mnie obecność papieru toaletowego w łazience, obecność mydła, farb, kredek, czy plasteliny. Jednorazowe, naprawdę niewysokie wpisowe (około 100 zł) załatwia sprawę na cały rok. Jako, że całość ma charakter Zespołu Wychowania Przedszkolnego, odbywa się trzy razy w tygodniu po 5 godzin. Finanse? Całość mieści się w okolicy 200 złotych miesięcznie, resztę dopłaca miasto. Można? Można…

100_7536

foto: mamafia.pl

A teraz druga strona medalu…

Z racji logistycznych i zawodowych rodzicieli, Maryś do zerówki musi pójść już do państwowego przedszkola osiedlowego. W poszukiwaniu tego najlepszego zasięgnęłam języka pośród sąsiadów i wybrałam to… najmniej krytykowane. Wiem, już czuć uprzedzenie. Zgarnęłam Maryś na dzień otwarty i… przeżyłam traumę, która trwa po dziś dzień. Chcąc wymienić kilka uwag, rozwiać moje wątpliwości, zmuszona byłam czekać, aż panie przedszkolanki znajdą chwilę by oderwać się od rozmów towarzyskich we własnym gronie. Dzień otwarty przysporzył im najwyraźniej nad wyraz dobrych humorów, bo tłoczących się wokół rodziców nie były wstanie zauważyć do czasu, aż wkroczyłam swą cielesną powłoką pomiędzy nie. Ignorancja sięgająca zenitu! Nawet niż demograficzny nie zdołał zmienić podejścia do (jakby na to nie patrzeć) ich potencjalnego klienta, który może przecież obrócić się na pięcie, pójść gdzie indziej i przyczynić się tym samym do cięć w etatach. Moje pytanie o plan dnia „zerówkowiczów” spotkało się z miną stanowiącą mieszankę zaskoczenia, zdziwienia i błagania o litość. Niezłomna drążyłam dalej, starając się uzyskać informacje o zajęciach dla dzieci. Teraz mój wyraz twarzy musiał już być nietęgi, bo pani przedszkolanka rzecz ujęła w sposób wyjątkowo zwięzły: NIE MA, po czym powróciła do jakże ważnych dywagacji z pozostałymi wychowawczyniami. Moment, moment, halo…! To zerówka ponoć ma być, jak to nie ma…? Ano nie ma, bo ustawa zabrania – rzecz to może i powszechnie znana, ale ostateczna odpowiedź była nokautem, gdy usłyszałam, że przecież wyjście z dziećmi na plac zabaw czy spacer to też są zajęcia dodatkowe. Wciąż nie rozumiem jednak, które z zajęć są w takim razie tymi podstawowymi, skoro coś, co obejmuje chowanie psa, czy hodowlę bydła, jest traktowane jako „dodatkowe”…

Rozumiem zobligowanie regulacjami prawnymi, ale czy kilka godzin dziecka w przedszkolu nie można by urozmaicić opierając się na naprawdę ciekawych scenariuszach zajęć? Czy moje dziecko, jak i tysiące innych, musi być skazane na taką ignorancję? Dlaczego przewaga polskich dzieci jest pozbawiona godnych warunków kształcenia? Skoro środki finansowe, które ponosimy jako rodzice, nie różnią się znacznie w obu placówkach, to o co chodzi? Nie wiem na kogo bardziej się wściekać: na system, czy na wypalonych pedagogów… Szlag mnie trafia. Żal, po prostu żal…