Mój głos w sprawie kolczyków u małych dzieci

Od kilku dni zastanawiałam się nad tematem kolejnego wątku. Pomysłów sporo, czasu – wiadomo… W chwili przerwy w obowiązkach zawodowych zerknęłam w internety. Moją mamafijną uwagę skupił jeden z postów na Facebooku. Kolczyki… Zatem i ja zabieram głos w sprawie.

Nie ukrywam, że jako tradycjonalistka od razu odrzucam rozważania na temat tego, czy przekłuwać uszy chłopcom. Świadoma różnorakich uwikłań kulturowych związanych z kolczykowaniem dzieci i dorosłych, przekłuwanie uszu chłopcom uważam za wciąż, co najmniej prowokacyjną, fanaberię rodziców. A dziewczynki?

Maryś dostała na chrzciny piękne kolczyki. Są naprawdę ładne, skromne, takie… dziewczęce. I niech sobie będą. Czekają. Przydadzą się – w to nie wątpię. Będą nieco spóźnioną pamiątką.

Nie ukrywam – widok niemowlęcej główki, niemalże łysej, z odstającymi uszkami, w których skrzą się błyskotki, od zawsze wydawał mi się niewspółmierny. Kolczyki są asortymentem biżuteryjnym, czy tego chcemy czy nie. Małe dzieci biżuterii nie noszą i tyle. Wraz z dojrzewaniem, świadomością własnej płci, w dziecku rodzi się potrzeba „strojenia się” – jak rzecz ujmuje Maryś. Gdy dziewczynka wygląda już na dziewczynkę, w wieku przedszkolnym, czy wczesnoszkolnym, gdy wyraża zainteresowanie i chęć noszenia kolczyków, wówczas można moim zdaniem podjąć taką decyzję. I ja tę decyzję chcę podjać wspólnie z Marysią.

Przeciwna kolczykowaniu maluchów jestem też z powodu niewątpliwej traumy związanej z samym przekłuciem uszu. Wiem, wiem, dziś nic nie boli, ale większość mam zapewne potwierdzi, że każde spotkanie z obcą osobą, szczególnie, gdy ta narusza prywatną strefę bezpieczeństwa dziecka, skutkuje negatywnymi emocjami. U jednych dzieci okres podobnych reakcji kończy się dość szybko, u innych trwa nawet do połowy szkoły podstawowej.

Radykalnie? Chyba nie. Ot, autorski głos w sprawie. A jak Wy się zapatrujecie?