Miłość matczyna – nie zawsze lukrowaną jest

Tuż po Dniu Matki kolejny raz wsadzam kij w mrowicho. Wczorajsze odsłony portali społecznościowych kapały wręcz lukrem i słodyczą wszelkiej maści dotyczącą tego, jakże urokliwego (bądź co bądź) dnia.

Każda z nas pragnie być wyjątkowa, kochana i uwielbiana. Niemal każdej z nas zdaje się, że osiąga ideał matczynej miłości, opiekuńczości, odpowiedzialności i racjonalnego podejścia do wychowania. A jak jest w rzeczywistości? Co do nas samych: czas pokaże. Dzieciaki dorosną, ukształtują się psychicznie i osobowościowo. Się zobaczy… Ano tak, bo (chcąc nie chcąc) popełniamy całą masę gaf i błędów. Zarówno tych drobnych, jak i tych śmiertelnie poważnych. Kochając bardzo, najbardziej na świecie, zaślepione miłością, niejednokrotnie ranimy. Nadopiekuńczością, nadmierną troskliwością, kontrolą, potrzebą porządkowania świata naszym pociechom, ślepym zapewnianiem o własnych racjach. Matczyna miłość to kawał ciężkiej roboty! Zaślepiona, nie zawsze dojrzała, może jednak ranić. Wszak ani kursu na bycie matką, ani testów eliminacyjnych nikt nie przeprowadza…

Matkę kochać trzeba i wszyscy zapewne nasze mamy kochamy, choć skala emocji może tu być bardzo szeroka. Do dojrzałych, choć zatopionych w najczęściej w dzieciństwie, trudności z matczyną miłością trudno się jednak przyznać. Wielu osobom w moim otoczeniu ten kulturowo uwarunkowany temat tabu nie pozwala otwarcie mówić o swoich zawikłanych i skomplikowanych uczuciach. Czy słusznie? Dławienie własnych emocji skutkuje kolejnymi frustracjami, bo przecież o rodzicach (a o mamie w szczególności) źle mówić nie wypada, prawda?

Ponoć uczymy się na własnych błędach, choć tych rodzicielskich często nie dostrzegamy. Obserwujmy więc mamy i ojców w otoczeniu, a nade wszystko sięgajmy do wspomnień z dzieciństwa i czasu dorastania, które nas szczególnie ranią.

Zadanie na najbliższe lata: zrobić wszystko, by w dniu naszego święta nasze dzieciaki za dziesięć, dwadzieścia lat biegły do nas z kwiatami, uśmiechem i radością, a nie z powinności.