Rocznik 2009 w szkole cz. 2/2

Część pierwszą przeczytasz tutaj

W wakacje moje dziecię opanowało czytanie, co uważam za osobisty sukces i błogosławieństwo, ale o tym później… Od września Maryś jest w pierwszej klasie, złożonej (dzięki Bogu) z samych sześciolatków. Szkoła, mimo tego, że znajduje się w podmiejskiej wsi, jest duża i wydaje się być dobrze przygotowana w kwestii przyjęcia sześciolatków. Przestronna sala, ławki w formie stoliczków, oddzielna toaleta dla każdej w pierwszych klas (!), miejsce do zabawy, wszystko schludne i zadbane. Trudno narzekać, bo wychowawczyni – rewelacja, dzieciaki dobrane, że hej. Ale moment… miało być tak pięknie i przyjaźnie, i bezboleśnie, i tak nadal zerówkowo… Tymczasem, moje dziecko wraca ze szkoły około godziny 14.00-15.00, jest zmęczone całym dniem zadań i wyzwań, których szkoła oferuje dosyć sporo. Moje dziecko ma 6 lat i popołudnie pragnie przeznaczyć na odpoczynek i zabawę. Ale nie może. Ma 6 lat, więc zadane prace domowe zajmują mu nawet 4 godziny dziennie. Tu pokolorować, tu dokończyć, w zeszycie napisać kilka linii liter. Przeglądam zeszyt ćwiczeń i proszę, tu też jeszcze cała strona zdań lub słówek do przepisania. Rączka niewyrobiona i wciąż słyszę, że nie ma się co martwić, bo to sześciolatek. Jednak to już nie bezbolesna zerówka, ale szkoła, więc polityczne mrzonki sprzed kamer chowamy, gdzie ich nikt nie znajdzie i ślęczymy ze zmęczoną, śpiącą Mają kolejną godzinę nad zadaniem. Późnym wieczorem dziecku przypomina się, że jeszcze była czytanka. Ja też o tej porze zastrzeliwałam moich rodzicieli takimi newsami, ale… No właśnie, ktoś chyba zapomniał, że program pierwszej szkoły podstawowej po macoszemu potraktował naukę czytania. Obawiam się, że gdyby nie nauka czytania w domu (!) jeszcze na etapie przedszkola i zerówki, to teraz moje dziecko byłoby w wielkiej czarnej… dziurze. Program zerówki także nie przewiduje bowiem nauki liter. Jeśli jakieś przedszkole podejmuje takie próby, robi to na własną rękę.DSC_0247 copy

Szkoła zadbała o to, by dzieci nie nosiły każdego dnia wszystkich książek i zeszytów ćwiczeń. Mimo tego, moje dziecko codziennie nosi do szkoły kilka kilogramów na plecach. A miało być jak w zerówce… Pomijam kwestię tego, że większość sześciolatków wygląda tragikomicznie z założonymi na plecach tornistrami. Zaprzyjaźniony pierwszoklasista nosi tornister sięgający mu aż do łydek. Ma równo metr wzrostu – mało jak na ten wiek, ale nie wiele mniej niż większość sześciolatków.

Jest i logopeda – hit stulecia. Maryś jako dziecko z rocznika 2009, czyli (jakby nie patrzeć) tego najbardziej pokrzywdzonego, w obu zerówkach nie kwalifikowała się do logopedy, bo pierwszeństwo miały dzieci, które do pierwszej klasy miały pójść jako siedmiolatki. Znów zresztą słyszeliśmy, że ta czy inna wada wymowy, to kwestia wieku, że mamy się nie przejmować. Podobny los dotknął większość dzieci z 2009 roku. Skutek? We wszystkich pierwszych klasach szkoły mojej córy, do logopedy chodzi grubo ponad połowa dzieciaków. Podobnie zresztą rzecz ma się z zajęciami wyrównawczymi, w ramach których wychowawcy dwoją się i troją by zwalczyć naturalne dla wieku niewyrobienie gryzmolącej rączki.

Miała być nauka przez zabawę, jest nauka bez czasu na zabawę. Owszem, dzisiejsza edukacja jest mniej wymagająca, pozwala na większą swobodę, jednak dziecko w pierwszej klasie ma nie tylko zajęcia z edukacji wczesnoszkolnej. Jest i język angielski, i zajęcia komputerowe, i religia, w wielu szkołach WF poszerzony o basen lub inne formy aktywności. Wychowawca klasy nie wie o zadaniach domowych z przedmiotów prowadzonych przez innych nauczycieli. Tak, bezpowrotnie minęły czasy, w których klasy 1-3 były pod opieką jednej osoby.

Po stu dniach mojego dziecka w szkole rękami i nogami podpisuję się pod obowiązkiem szkolnym dla dzieci siedmioletnich oraz za pozostawieniem wyboru w tej kwestii po stronie rodziców. Szkoła Marysi jest fantastyczna i świetnie przygotowana na sześcioletnie maluchy. Irytuje mnie jednak to, że w tej całej (słusznej, czy niesłusznej) przepychance władz, dzieci z rocznika 2009 okazują się ofiarami. To jeden z liczniejszych roczników ostatnich lat, do którego w szkołach siłą rzeczy dołączono dzieci o rok starsze. To także jedyny rocznik, któremu nie pozostawiono pola do manewru. Jak nie zdecydowałam o pozostawieniu Marysi drugi rok w zerówce, tak też nie podejmę tej samej decyzji w odniesieniu do pierwszej klasy. Moje dziecko jest pełne pasji poznawania świata, chce się uczyć. Ma jednak dopiero sześć lat i nie dorosło do roli ucznia. Mimo rewelacyjnego przygotowania szkoły i wspaniałej kadry, wraca znużone i zmęczone do domu. Kolejne godziny nad książkami i zeszytami je przerastają. A to przecież już szkoła, dobre czasy przedszkola minęły.

Pomyślcie drogie władze dziesięć razy przed wprowadzaniem kolejnych zmian, by kolejne tysiące dzieciaków nie stało się Waszymi królikami doświadczalnymi.

Jeden komentarz

  1. Szkoła do której chodzi moja 6-ciolatka wogóle nie jest przygotowana dla maluchów. W jej klasie jest większa część dzieci 7 letnich a nawet i 8-latek się znajdzie. Korytarz szkolny wspólny dla maluchów i starszych t.j. 11 i 12 latków, a i gimnazjalista bez problemu korytarzem przejdzie. Dużo by pisać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *