Rocznik 2009 w szkole, czyli kilka słów wkurzonej matki (1/2)

Niedawno minęło 100 dni Maryśki w szkole. Czas zatem na pierwsze podsumowania i wnioski. Dziś część pierwsza.

sześciolatek w szkole, ratujmy maluchy

W ślad za tytułem pragnę uroczyście nadmienić, żem nieźle wkurzona. Niewątpliwie, żyjemy w ciekawych czasach i ponownie przychodzi nam odkryć złowrogą siłę owego przekleństwa. Kiedy rodziłam Marysię w 2009 roku, byłam święcie przekonana, że pójdzie do szkoły w wieku 7 lat. Pod tym kątem zaplanowaliśmy z mężem parę kolejnych lat naszego życia, także tego zawodowego. W planach mieliśmy bowiem przeprowadzkę, drugie dziecko, pod opieką chorą babcię… Wkrótce jednak media zaczęły wieścić o obowiązku szkolnym sześciolatków. Władze odwlekały datę bezkompromisowego rozwiązania, no i stało się. W ubiegłym roku zostaliśmy postawieni pod ścianą. Jako wielki przeciwnik reformy, a także osoba, która zbierała podpisy w ramach akcji Ratuj maluchy, wspólnie z mężem podjęłam decyzję o posłuszeństwie wobec decyzji władz. Wiem, jest w tym nieco przekąsu, nie widziałam jednak sensu pozostawiania dziecka drugi rok w zerówce, by ponownie przerabiało ten sam materiał.

Zerówka Marysi była dla nas okresem przeprowadzki, którą na szczęście nasze dzieciaki przeżyły bezboleśnie. W związku z tym jednak mieliśmy okazję zestawienia ze sobą kilku rzeczywistości. I tak… W starym miejscu zamieszkania, na jednym ze śląskich osiedli, Maja została przyjęta do zerówki, która mieściła się w szkole. Zerówka był zlepkiem dzieci w różnym wieku. Różnica między najstarszym i najmłodszym dzieckiem w grupie wynosiła… aż 23 miesiące! To niemal 2 lata! Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z sześciolatkami, to aż 1/3 całego życia maluchów! O paradoksie prowadzenia zajęć i wdrażania programu edukacyjnego przy tak sporym rozrzucie wiekowym, nie muszę chyba nikogo przekonywać. W pierwszych latach życia, dziecko zmienia się i dojrzewa w błyskawicznym tempie. Dwa lata różnicy to istna przepaść.

Pomieszczenie zerówki w szkole okazało się klasą dostosowaną do potrzeb pięciolatków. Szału nie było, jednak nie mieliśmy poważniejszych zastrzeżeń. Szkolna klasa swobodnie pomieści dwudziestokilkuosobową grupę uczniów, ale czy ten metraż nadaje się dla tak samo licznej grupy dzieci pięcioletnich? Zerówkowe maluchy dzieliły toaletę ze starszymi klasami, same też musiały do niej dojść korytarzem. Rytm zerówki siłą rzeczy dostosowano do rytmu życia szkoły, łącznie z… przerwami lekcyjnymi, które dzieciaki niejednokrotnie spędzały na korytarzu z resztą szkoły.

W połowie roku: zmiana. Zerówka w nowym przedszkolu, w małej gminie i… spore zaskoczenie. Sale duże, przestronne, dobrze wyposażone. Ok, rozumiem, to kwestia zamożności podmiotu prowadzącego. Ciepła, miła atmosfera – to kwestia personalna. Z racji braku miejsc, Maryś trafiła do grupy starszej, a więc dzieci, które nie poszły do pierwszej klasy jako sześciolatki. W efekcie Maja odstawała od grupy, co widoczne było nie tylko już w samej szatni, ale i na zajęciach. Wychowawczyni – niezwykle wyrozumiała młoda dziewczyna – próbowała dostosować indywidualne zajęcia dla jedynej sześciolatki. Maryś znała już wówczas wszystkie litery, potrafiła przeczytać krótkie wyrazy, rewelacyjnie liczyła, potrafiła się podpisać gryzmoląc niemiłosiernie, a jednak… Wciąż słyszałam, że rączka jeszcze niewyrobiona, że to sześciolatek, że to się zmieni.

Część drugą przeczytasz tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *